Co wpadnie do ucha, [czasem] zostanie w głowie.

Hej, znacie Roberta Kasprzyckiego (bez googlowania)? Nie? A znacie „Niebo do wynajęcia”? Wiedziałam! Moja reakcja była taka sama, kiedy jakiś czas temu odebrałam telefon od mojej bratniej duszy, która oznajmiła mi, że idziemy na koncert tego pana. Ok, jestem otwarta na nowe doznania kulturalne, chociaż nie ukrywam, że było mi trochę głupio, że nie słyszałam o gościu, który popełnił „Niebo do wynajęcia” i w ogóle był tym, od mojej ukochanej poezji śpiewanej. Wstyd. Tak bardzo. Pośpiesznie zanurkowałam w odmęty jutuba i postanowiłam niezwłocznie naprawić to niedopatrzenie. Jestem popapraną polonistką, która ma fioła na punkcie słów piosenek, więc ciężko było mi się skupić na Kasprzyckim, siedząc nad raportami w pracy. Zdecydowanie w takich okolicznościach przyrody pan Robert mnie nie porwał. Tym bardziej na myśl, że po kilkugodzinnej podróży (wspomniałam, że koncert miał być na drugim końcu Polski?) spędzę godzinę słuchając utworów, które mijają się z moją percepcją nie napawało mnie optymizmem. Pocieszający był fakt, że wspołcierpiącymi miały być dwie cudowne babeczki (Ola, Ewa! Jesteście najlepsze!). Babeczki jednak były niezrozumiale podekscytowane przed koncertem, co obserwowałam z pewną nadzieją, że może nie będzie tak strasznie.
I poszły konie po betonie. Na scenie zielonogórskiego Kawonu pojawił się okrąglutki Kasprzycki (ej, a gdzie ten szczupły pan że zdjęcia, pomyliłyśmy salę? terminy?). I wyobraźcie sobie, że pan, zanim zaczął śpiewać, przemówił. Ku mojemu zaskoczeniu mówił nie tylko z sensem, ale z jakże uwielbianą przeze mnie i nader często praktykowaną prześmiewczą ironią. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. A jak Pan zaczął śpiewać, to odpadłam.

Z tego miejsca przepraszam pana Roberta Kasprzyckiego za to, że śmiałam wątpić w niezwykłość tego co robi. Odszczekuję. Hau, hau.

Ludzie, to co zrobił podczas tego koncertu Kasprzycki, to po prostu klękajcie narody. Scena. Krzesło. Gitara. On. Nie ma co zbierać! :) Pierwsza część koncertu to jego autorskie kawałki (i nie było to 15 wersji „Nieba…”), druga natomiast to okraszone niebanalnym dowcipem przeróbki tego, co już funkcjonuje na rynku. Wszystko to przeplatane barwnymi historiami, między innymi o tym, jak w Zespole Szkół Budowlanych, na języku polskim można zaśpiewać na melodię Nirwany „Pana Tadeusza”. Muszę powiedzieć, że od pierwszych minut poczułam nić polonistycznego porozumienia, którą absolutnie mnie ujął.
Po ponad dwóch godzinach intelektualno-kulturalnej uczty, morza wylanych ze śmiechu łez i bolącego od prawdziwego brechtu brzucha, przyszedł czas na wspólne słit focie i zakup płyt. Ale to wszystko to nic, nawet nie jest nawet namiastka tego, co działo się na sali. Kochani, zdaję sobie sprawę z tego, że gusta są różne i nie dyskutuje się o nich, ale z pełną odpowiedzialnością serdecznie polecam wybrać się na koncert, jeśli tylko będziecie mieli taką okazję. (Ja wybieram się już w czerwcu)