Niepełnosprawność a dzieciństwo

Uczyłam się na pedagoga. Stąd moja czujna obserwacja dzieci. Tak się składa, że chociaż nie jestem matką, to moje rodzeństwo zadbało o to, żebym miała kogo obserwować. Aha, tak, wózek ze zdjęcia jest firmy Karma i wszystkich nas strasznie to śmieszy.

Od dawna chciałam taki tekst napisać i w ten weekend to we mnie dojrzało. Moje dzieciństwo było trudne, ale cudowne! Przyszłam na świat w kochającej rodzinie. Było mnóstwo pracy, obowiązków, ale też beztroski i zabawy. Wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że nigdy już nie zagram w gumę… Kilka lat temu, będąc już dorosłą kobietą, uświadomiłam sobie, że moje dzieciństwo skończyło się wraz z początkiem choroby mojego Taty. Miałam wtedy 8 lat. Powiedziałam sobie, że skoro Tata jest chory, to trzeba za wszelką cenę pomagać Rodzicom, pracować i za nic w świecie nie mówić im o swoich problemach. Nie wolno przecież dokładać im trosk, kiedy Tata jest tak chory. I wiesz co? Zrobiłam to źle. Widzę to teraz, po ponad 20 latach, bo pokazały mi to dzieciaki z mojej rodziny. One robią to dobrze! Z niepełnosprawności, choroby mojego Taty wyniosły tyle, ile tylko mogły! I jestem z nich dumna. 

Niepełnosprawność w rodzinie nie musi niszczyć dziecięcej beztroski


Dla dzieci, które wychowują się z osobą niepełnosprawną fakt, że ktoś jest chory jest rzeczą naturalną i nie czyni to z niej osoby gorszej. Nigdy nie zapomnę, kiedy mój chrzestny syn, jako jedyny zgodził się usiąść w ławce z koleżanką dotkniętą upośledzeniem. Dla niego nie było żadnej bariery w tym, że trochę rożni się od reszty. Potem niejednokrotnie słyszałam, jak wołany do zabawy odpowiadał, że już idzie, tylko pomoże dziadkowi przesiąść się z łóżka na wózek inwalidzki. A potrafił to robić dużo skuteczniej niż ja! Myślę, że to była dla niego cenna lekcja odpowiedzialności. Nasza mała trzpiotka Alina też nie widzi w niepełnosprawności Dziadka czegoś piętnującego. Rozumie, że nie przyjedzie on na Dzień Dziadka, nie zobaczy jej pokoju na trzecim piętrze w bloku bez windy. Bo jest chory. Bo nie chodzi. I już. Choroba może przecież spotkać każdego. Nie rozumie natomiast, dlaczego dorośli zżymają się, kiedy ściga się po domu na wózku inwalidzkim. Przecież to tylko sprzęt, który pomaga Dziadkowi funkcjonować, a nie talizman zaklinający rzeczywistość.

Dziecko też szuka przyczyny!

Jest też mój bratanek, który chyba jako jedyny z latorośli mojego pokolenia z naszej rodziny, nie pamięta czasów, kiedy Tata samodzielnie się poruszał. Nie pamięta tej drogi od laski, przez kule, po wózek. Czasem przychodzi do niego i pyta, czy może się przejechać. Wtedy Tata bierze go na kolana i zasuwają po podwórku na wózku elektrycznym. W weekend dowiedziałam się, że ten sześciolatek przyszedł do mojego Taty i zapytał jak to jest z tym wózkiem, czy on nigdy sam nie chodził. Autentycznie mnie zatkało. Z jednej strony widziałam, że Tacie trudno wrócić myślami do czasów, kiedy chodził, pracował i był niezależny. Z drugiej strony byłam pod wrażeniem tego pytania, tej dziecięcej ciekawości i dociekliwości jak to było, skąd wzięła się obecną sytuacja. Tym bardziej byłam poruszona dojrzałością tego smyka, kiedy dowiedziałam się, że już wcześniej pytał innych o to, co się stało, ale postanowił jednak udać się do źródła.

Uczmy dzieci różnorodności

Obserwowałam długo dzieci mojego rodzeństwa i wiem, że niepełnosprawność w rodzinie sprawiła, że są bardziej tolerancyjne, empatyczne i odpowiedzialne. Nie, nie zabiera to im beztroski, bo dla nich choroba nie jest tragedią, tylko takim a nie innym stanem rzeczy. Wiem, że są rodzice, którzy za wszelką cenę chcą chronić swoje dzieci przed prawdziwym obliczem świata. Ale to oblicze prędzej czy później zgłosi się po nie i obawiam się, że wyjście z takiego klosza, gdzie wszystko jest idealne może przynieść zupełnie inne skutki. Dzieci są szczere i prostolinijne. To dorośli uczą ich barier, tego, że jak ktoś jest inny, to znaczy, że gorszy. Odsuwają dzieci od naturalnych trudów życia, żeby je ochronić, ale wyrządzają im tym większą krzywdę, narażając na ogromne rozczarowanie, że świat nie jest taki, jaki miał być. Cieszę się, że moje rodzeństwo pozwala swoim dzieciom patrzeć też na ciemniejszą stronę, uczy empatii, szacunku i odpowiedzialności. Cieszę się, że mój Tata ma takie dzieciaki blisko siebie, bo wiem ile to dla niego znaczy. Obecność wnuków jest dla niego doskonałą terapią.

Pokażmy dzieciom, że ich zainteresowanie jest ważne

Mam nadzieję, że ten tekst będzie okazją do zatrzymania się i zastanowienia czy nie budujemy w dzieciach niepotrzebnych barier, a chroniąc za wszelką cenę, nie krzywdzimy ich, pozbawiając możliwości uczenia się świata takim, jaki jest naprawdę. Czy zamiast malowania świata na różowo, nie łatwiej usiąść i wytłumaczyć dziecku, że istnieją choroby, nieszczęścia, żywioły, ale są to naturalne rzeczy i nie dzielą ludzi, a są wręcz okazją do odkrycia w sobie lepszego ja, pomocy potrzebującym i szlachetności? A może sami nie potrafimy się zmierzyć z naszymi wewnętrznymi uprzedzeniami i barierami?