Tuwimówi #1

Od co najmniej roku nosiłam się z zamiarem rozpoczęcia cyklu o poezji. Z jednej strony bałam się, bo to jednak bardzo trudny i przez to niedoceniony obszar literatury, a z drugiej jest tyle cudownych wierszy, że chciałabym je zebrać i dać Ci w prezencie.

Rozumiem, że poezja kojarzy nam się przede wszystkim z wałkowanym do znudzenia pytaniem naszych polonistów „co poeta miał na myśli?”. A Ty się pewnie zastanawiałeś ile poeta wypił, żeby napisać takie pokręcone bzdury, albo ile Ty musisz wypić, żeby to zrozumieć. Mnie też przechodzą dreszcze na samo wspomnienie pisania interpretacji wiersza. Ale z racji moich szkolnych „zaślubin” ze sceną zmuszona byłam czytać wiele, wiele wierszy. Ba! potem wkuwałam je na pamięć i recytowałam na konkursach. A musisz wiedzieć, że najczęściej były to konkursy twórczości Norwida. Jest to wyjątkowo trudny, nawet jak na poezję kawałek twórczości.

Tak czy inaczej, zapewne tamto wertowanie zbiorów norwidowskiej krwawicy sprawiło, że zaczęłam się wciągać, szukać ciekawych wierszy na własną rękę, a nawet sama coś tworzyć.

Nie wiem z jaką częstotliwością, ale wiem, że bardzo zależy mi na tym cyklu, nie bez powodu zatytułowanym Tuwimówi. Bo to właśnie ten poeta, przez wielu zwany Wylęknionym Bluźniercą jest najbliższym memu sercu i zapewne do niego będę wracać najczęściej. Zaszufladkowaliśmy go w Lokomotywie i Ptasim radiu, a tymczasem dla dzieci zaczął pisać w okolicach czterdziestki, wcześniej pisząc genialne i niekoniecznie grzeczne utwory.

Przy kolejnej okazji pokażę Ci mój ulubiony wiersz, autorstwa właśnie Tuwima. Będziesz? Zajrzysz? Zapraszam.