Żegnaj szkoło

Trzymają nas tutaj kolejną godzinę… Dzieci zaczynają się wiercić, są niesforne. Dorośli wymieniają się spojrzeniami, ale nie mogą nic zrobić. Okropny zaduch, dałabym wszystko za otwarcie okna. Usta mam spierzchnięte z pragnienia i żołądek zaczyna wydobywać z siebie jakieś przedziwne preludium. Że co? Porwanie dla okupu? Nie moi drodzy, zakończenie roku szkolnego w jednej z mazowieckich podstawówek. Nie w mojej, w mojej szkole nigdy by nie doszło do takiej organizacyjnej grandy, bo inaczej nie da się tego opisać. Zacznijmy jednak od początku…
Ostatnio na zakończeniu roku szkolnego byłam…parę ładnych lat temu. Na samo wspomnienie rozanielam się cała. Piękne to były czasy, które minęły bezpowrotnie. Teraz szkołę zamieniłam na pracę i z chęcią zamieniłabym obecne problemy na te „tragedie”, o których czytam w moim pamiętniku sprzed kilkunastu lat. Odkąd moja kochana Siostra została mamą, staram się o tytuł Cioci Wszechczasów. Wczoraj mogłam się wykazać i iść z Synem mym…Chrzestnym, na jego pierwszy odbiór świadectwa. W pakiecie, pod opiekę dostałam też młodszą latorośl Siostry. No to idziemy. Na miejscu już wiedziałam, że wpadłam jak śliwka w przysłowiowy kompot. W drzwiach uderzyła mnie rewia mody matek – Polek. Nosy zadarte pod sam sufit, takie jesteśmy faszyn, takie hipnotajzing. To nic, że nasze dzieci są zestresowane, najważniejsze, że my mamy się gdzie pokazać. Od razu potworzyły się grupy rodziców hipsterskich i tych, którzy przyszli (niewiarygodne!) wesprzeć swoje pociechy. Usiadłam gdzieś pomiędzy, bo przecież żaden ze mnie rodzic, wzięłam Młodą na kolana, żeby nie było mnie widać i w ciszy zaczęłam obserwować. Punkt 9 się zaczęło. Pani dyrektor przemówiła karmiąc nas wszystkimi możliwymi cyframi i statystykami. Ziew. Ale uprzednio przywitała całą śmietankę towarzyską, żeby nikt nie czuł się pominięty. Ziew. Na szczęście zzipowała swoją wypowiedź do maksimum. To znaczy do 40 minut. Przecież to tylko k’woli wstępu… Potem ksiądz proboszcz mówił o tym jak ważny jest wuef (yeah) i żeby słuchać rodziców (tak, będę). Następnie okazało się, że mistrzami ceremonii są absolwenci czyli uczniowie kl. VI. Odbyło się ślubowanie, a ja głupia myślałam, że ślubuje się na początku a nie na zakończeniu szkoły. Człowiek uczy się całe życie. Po godzinie zauważyłam, że pierwszaki (te malutkie dzieciaczki, które poszły do szkoły jako sześciolatkowie) zaczynają polować na muchy i grać na nerwach nauczycielom. Biedne dzieci. Wyżej wspomniani absolwenci zaprezentowali superśmieszny program kabaretowy. Nie pytajcie o czym, nie wiem, ale wiem, że najgłośniej śmiały się wychowawczynie owych absolwentów. Godzina 10:40 – Młody nadal nie ma świadectwa, a ja już nie mam siły tam siedzieć. I tu utarli mi nosa. Sala wypełniła się dźwiękami poloneza i dziewczęta w strojach Telimeny a chłopcy w pięknych białych koszulach z paskami w kolorze sukni partnerki (coby im się nie pomieszały), zatańczyli tak, że moja studniówka to była potańcówka w remizie. No ale naprawdę to był czas i miejsce na to?
Przez kolejne 10 minut ciało pedagogiczne i rodzice spijali sobie z dzióbków, wręczali całe naręcza kwiatów, prezentów i uprzejmości. Trochę mnie mdliło, ale ja się nie znam. Dzieciom poświęcono 10 minut. Prymusi dostali malutkie książeczki i zaproszenie do wspólnego zdjęcia. Rozgardiasz sięgał zenitu. Wyłączyłam się. I wtedy zauważyłam, że na rzutniku zmieniają się slajdy ze słit fociami absolwentów. Mało tego! Można przeczytać kogo przezywają Koń a kogo Padlinka (!) Poważnie???!!! Wzruszające. Tak właśnie wszyscy zostaliśmy zmuszeni do uczestnictwa w dwugodzinnym pożegnaniu absolwentów. Potem szybko do klas. Dzieciaki dostały świadectwo i „paczkę”, w której było 5 żelków, breloczek z imieniem, lizak i jedna Kinder czekoladka. Jeden kawałek w sensie. Pani dostała kubek i przeogromny bukiet kwiatów. Myślę, że to był ten moment, kiedy zrobiłam się zielona na twarzy. Korzystając z okazji, że Młody zdobył świadectwo chwyciłam go za fraki i dałam nogę. Ale to nic, przecież dzieci i tak były tam najmniej ważne. Smuteczek. Chyba kupię coś Młodemu za to,że dał radę jako sześciolatek i jako uczeń na tej imprezie, która na pewno nie była dla dzieci, za ich 10 miesięcy pracy i nauki.