Foto środa odc. 1. Historia jednego pstryknięcia

Usłyszałam ostatnio niechcący, jak nazwano mnie pasjonatką fotografii. W pierwszej chwili poczułam dumę, w kolejnej przerażenie. Bo co jeśli nie jestem wystarczająco dobra…?

Kompletnie nic. Bo fotografuje wyłącznie dla mojej przyjemności. Bo nie ma nic lepszego, niż wyjść bladym świtem na miasto i pstrykać bez opamiętania. Wchodząc w menu tego bloga, zauważycie kategorię Fotografia. I będę się starała umieszczać tam bardzo regularnie (i obym wytrwała w tym postanowieniu) zrobione przeze mnie zdjęcia, zapewne z komentarzem w jakich okolicznościach zostało zrobione, dlaczego jest dla mnie ważne, albo po prostu historię miejsca/ osoby/ przedmiotu, który przedstawia. Chciałam jednak z tego miejsca zaznaczyć, że oprócz tego, że jestem pasjonatką fotografii, to jednocześnie jestem też kompletną amatorką. Niewiele wiem o technice, nie mam super wypasionego sprzętu, w zasadzie to teraz mam tylko działający korpus najprostszej lustrzanki (ale w kolorze wiśniowym!) Nikon D3100.  Mój standardowy obiektyw nie wytrzymał kolejnej imprezy i przestał łapać ostrość, co spowodowało u mnie rozpacz i myśli samobójcze, bo jednak kupienie nowego obiektywu to wydatek ponad moje siły. Na szczęście są jeszcze przyjaciele, którzy bawią się ze mną w „pożyczki”.

Niemniej jednak śmiem twierdzić, że to nie sprzęt robi zdjęcia, ale ręce, które je trzymają i oko, które widzi coś, co serce bardzo chce pokazać innym. Czasem jednak oko coś dostrzeże, a pod ręką nie ma profesjonalnego sprzętu. Czy to powód do rozpaczy? Bynajmniej. Dziś, tak na rozgrzewkę, inaugurując Foto środy,  bo tak chciałabym nazwać ten cykl na moim blogu, chciałabym pokazać Wam bardzo ważne dla mnie zdjęcie. To zdjęcie, które widzicie na górze wpisu. Dla mnie jest magiczne. Pokazuje spokój miejsca, skąd pochodzę, przedstawia widok sprzed mojego rodzinnego domu, w Udrzynie, który na pewno jeszcze nie raz będziecie mogli oglądać przy okazji wpisów fotograficznych. Bociek, który jest nieodłącznym elementem tamtejszego krajobrazu, leniwe chmurki, zaróżowione promieniami zachodzącego nad Puszczą Białą słońca. Gęba sama mi się uśmiecha, jak wspominam tę chwilę. Do obrazu dodajcie jeszcze fonię – cykające świerszcze. Czego chcieć więcej. A jednak. Kiedy tak siedziałam z Rodzicami przed domem i zobaczyłam TO, okazało się, że aparat został 80 km od Udrzyna. Czarna rozpacz, jedyne co miałam pod ręką, to stara, wysłużona Xperia T3. Sceptycznie wyciągnęłam ją z kieszeni i bez żadnego przekonania pstryknęłam. I właśnie to zdjęcie, które okazało się strzałem w dziesiątkę, niech będzie dowodem na to, że czasem wystarczy magiczna chwila, a wypasiony sprzęt nie jest niezbędny do zrobienia dobrego zdjęcia, które przywołuje dobre wspomnienia.

O jedno chcę Was prosić. Zanim wylejecie na mnie wiadro pomyj, że brak mi techniki, umiejętności i całej reszty, wspomnijcie moje słowa: jestem tylko amatorką, która robi zdjęcia, bo lubi. Nikogo nie zamierzam pouczać, bo, parafrazując mojego idola „much to learn I still have”. Chce Wam pokazać jak ja, moim amatorskim okiem widzę świat. Jeśli Wam się spodoba – bardzo mi miło, jeśli nie, to może poradźcie co zrobić, żeby było lepiej. Nic nie przynosi tyle dobrego co konstruktywna krytyka, inny punkt widzenia i rady bardziej doświadczonych.