Przemyślenia

O prawdzie, postprawdzie i kłamstwie

Dzisiaj będzie inaczej. Wbrew fotografii, którą zaopatrzyłam ten wpis, nie będzie to recenzja. Książka Petera Pomerantseva To nie jest propaganda, pomogła mi podjąć decyzję, na jaki temat napisać prace zaliczeniową na filozofię. Zachęcona dobrą opinią wykładowcy, za namową przyjaciół postanowiłam się podzielić tą pracą.

Chociaż coraz częściej współcześnie spotykamy się z pojęciem postprawdy, to wcale nie świadczy o tym, że jest to zjawisko zupełnie nowe. Jednak aby zacząć rozważania na temat postprawdy, należy zatrzymać się na dłuższą chwilę i postarać jak najdokładniej zdefiniować czym ona jest. Błędem jest stawianie znaku równości między postprawdą, a kłamstwem. Jeśli nie jest kłamstwem, ani prawdą, to czym w istocie jest? To ”strategia nadająca prawdzie drugorzędne znaczenie”1  W Polsce niewątpliwie ugruntowała się ona podczas obecnych rządów, jednak nie należy jednoznacznie utożsamiać ją z obecną władzą. Byłaby to próba przekonania obywateli do tego, że przed rokiem 2015 postprawda nie funkcjonowała i cofnięcie do stanu rzeczy sprzed tego roku, powinno być naszym celem i byłoby równoznaczne z osiągnięciem nie tylko prawdy, ale też społecznej harmonii i szczęścia. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze cofanie się stanowiłoby zaprzeczenie rozwoju, po drugie, postprawda sama w sobie jest narzędziem do stopowania państwa w drodze do globalizacji. A czymże jest stanie w miejscu, jeśli nie cofaniem się?

Polska mistrzem Polski

Nienazywanie rzeczy po imieniu, trywializowanie niektórych problemów społecznych, nie wprost, ale właśnie przy użyciu postprawdy, która koniec końców osłabia rzeczywiste znaczenie jakiś wydarzeń, zjawisk czy słów, to nic innego jak system obronny przed zderzeniem się z rzeczywistością. Wszyscy kłamią, a raczej coraz częściej używają postprawdy, bo w ten sposób nie tylko chronią się przed konsekwencjami wypowiedzenia niewygodnej prawdy, ukazującej rzeczywisty stan rzeczy, ale też wychodzą naprzeciw oczekiwaniom swoich rozmówców, być może obywateli, wyborców, którzy oczekują przedstawiania trudnych historii w taki sposób, aby szklanka była do połowy pełna. Albo żeby racja była po ich stronie. Być może stąd wzięły się zwroty powtarzane przez obecnych włodarzy, o wstawaniu Polski z kolan, o zamachu smoleńskim, o poległych, którzy ponieśli w nim ofiarę. I choćby dookoła były twarde dowody świadczące, że było inaczej, to nikt nie zdoła ich do tego przekonać. Wszyscy kłamią, tylko my mówimy prawdę. Uwzięli się na biednych Polaków, wszyscy przeciwko nas knują, spiskują i dążą do tego, żeby nas zniszczyć. Osobiście uważam, że nikt niszczyć nas nie musi, bo doskonale robimy to od środka, w naszej nienawistnej wojence polsko – polskiej. A może rzeczywiście jest coś w stwierdzeniu, że Polska jest taka, jaka jest, przepełniona megalomanią, bo nie zaznała Oświecenia? Pięknie zaczęliśmy, Konstytucją, Komisją Edukacji Narodowej, a potem przyszły rozbiory i wpadliśmy w ten nieszczęsny Romantyzm. Ubabraliśmy się mesjanizmem po same łokcie, bo wiadomo – Polska Chrystusem narodów. Pierwsi cierpiętnicy świata. Kiedy Europa się rozwijała, my walczyliśmy o niepodległość romantycznymi zrywami, często myląc odwagę z brawurą. Do dziś najlepiej wychodzi nam celebrowanie porażek, nie ważne czy chodzi o kolejne rocznice Powstania Warszawskiego (owszem, zasługuje to na cześć i upamiętnienie, ale jedyne zwycięskie powstanie – wielkopolskie, jakoś nie wspominamy z podobną pompą) czy witanie bukietem kwiatów premier Szydło po tym, jak 27:1 „przegraliśmy” z Unią i Donald Tusk został ponownie szefem Rady Europejskiej. Że Polak? Polak, ale za mało polski. Niemniej jednak tak jak zaznaczyłam wcześniej, chociaż to trudne, to nie powinniśmy narzędzia postprawdy utożsamiać z obecna władzą, chociaż mam wrażenie, że posługuje się nim po mistrzowsku, patrząc na wciąż wysokie słupki obrazujące poparcie.

Postprawda, czyli co?

Chociaż na naszym rodzimym podwórku post – prawda trafiła na podatny grunt i zadomowiła się na dobre, warto zaznaczyć, że termin ten, po raz pierwszy pojawił się w gazecie The Nation, w 1992 roku. 12 lat później, Ralph Keyes zebrał kilkaset przykładów użycia post – prawdy i wydał książkę Post – truth Era. Udowodnił w niej, że nie jest to bynajmniej domena polityków. Całe to zjawisko to wynik „współpracy między społecznymi masami, mediami i elitami”2, a jego efektem jest powszechnie akceptowalna moda na dwuznaczność wypowiedzi. Szybki przepis na to, jak nie skłamać, ale nie powiedzieć całej prawdy. Ale czy Horacy Safrin nie mówił, że „pół prawdy to całe kłamstwo”? Wniosek z tego prosty – to co Keyes nazywał „prawdą lajt” 3, moralność ludzka kazałaby jednak nazywać kłamstwem. Nawet jeśli są to zabiegi, które mają odwracać uwagę od prawdy, być narzuceniem interpretacji rzeczywistości w sposób korzystny dla mówcy.

Naiwny człowiecze!

Jak w dobie powszechnego obchodzenia prawdy „na około”, tak, żeby tylko ją dotknąć, musnąć, ale koniec końców się z nią minąć i jednocześnie nie skłamać wprost, oddzielić ziarno od plew?  Owszem, nie da się nie wspomnieć, że ci wszyscy, którzy przekazują postprawdę, wykazywać się muszą nie lada ekwilibrystyką, ale cóż ma począć człowiek świadomy tych zabiegów, który chce znać prawdę, ale nie potrafi odróżnić jej od kłamstwa? Otóż człowiek ten zaczyna być podejrzliwy, zdezorientowany. Na większą skalę rodzi to frustracje społeczne. Bo jeśli ktoś na wysokim społecznie stanowisku mówi do nas słowami, które pozostawiają duże pole do interpretacji, to tak naprawdę słyszymy to, co chcemy usłyszeć. A zazwyczaj od takich ludzi chcemy słyszeć obietnice. W przypadku ich niespełnienia, czując się oszukani, jesteśmy przepełnieni żalem. Być może w przypływie odwagi nawet zamanifestujemy to, że tak się czujemy. I co wtedy usłyszymy? Najpewniej to, że to nie jego obietnice, tylko nasze oczekiwania. A w nas narasta wcześniej wspomniana frustracja, nieufność i poczucie własnej naiwności, przed którą w dobie prawdy dietetycznej, tak ciężko się uchronić.

Postprawda XXI wieku

Kilka lat po wydaniu książki Post – truth Era, było już wiadomo, że fałszywa prawda zrobiła w społeczeństwie tyle szkód, że czas na zmianę. Ludzie stali się nie tylko sfrustrowani, ale też nieufni, rozżaleni i rozgniewani. Druga dekada XXI wieku zupełnie odmieniła formy komunikowania się i rozpowszechniła dostęp do informacji. Tym samym dała ludziom narzędzia do kolportowania prawdy. Tylko czy powszechność dostępu do informacji sprawia, że mamy łatwiejszy dostęp do prawdy? W idealnym świecie pewnie tak by to działało. Tymczasem przyszło nam żyć w czasach, kiedy prawdę, jak u Piłsudskiego rację – każdy ma swoją. I kolejny raz, przed człowiekiem poszukującym prawdy, trudne zadanie. Jak wśród wszystkich portali internetowych, blogów, gazet, stacji telewizyjnych, czy „specjalistów” wygłaszających swoje mądrości w mediach społecznościowych znaleźć prawdę? Dla człowieka ciekawego świata, potrafiącego racjonalnie myśleć nie powinno stwarzać to większego problemu. Odpowiednia obserwacja rzeczywistości, poparta ciągłym poszukiwaniem uniwersalnych wartości i wiedzy w literaturze, sztuce czy filozofii, zaowocować powinna umiejętnością nie tylko wyłuskania prawdy z chaosu spowodowanego przesyceniem rynku informacji, ale wyrobienia w sobie dystansu, rezerwy i uporu w poszukiwaniu potwierdzenia, że dana informacja nie jest kłamstwem. A jednak i w tym wypadku dużym utrudnieniem jest fakt, że pozostajemy, przez nasze przekonania, poglądy polityczne, miejsce zamieszkania czy wiele innych czynników, w bańkach informacyjnych sprawia, że łatwiej nami manipulować, a dojście do prawdy może wymagać od nas większego zaangażowania.

Bańki informacyjne

To wszystko w czasach tak powszechnego dostępu do informacji może wydawać się kuriozalne, ale niestety tak właśnie wygląda droga do prawdy. Czym właściwie jest bańka informacyjna? Inaczej nazywamy ją bańką filtrującą (ang. filter buble). Chodzi o to, że kiedy korzystamy z sieci, na podstawie takich danych jak lokalizacja, historia wyszukiwania, zakupy w sieci, algorytm w przyszłości dobiera przekazywane nam treści w taki sposób, aby wyjść naprzeciw naszym oczekiwaniom, dopasować treści do naszych preferencji, zminimalizować ryzyko natrafienia na inny punkt widzenia. „Użytkownik zamknięty jest w samonapędzającym się cyklu opinii, a szukający nie zostaje nigdy skierowany na odmienne tematy lub punkty widzenia”4

Osobiście uważam, że aby mieć pełną wizję świata, aby wyrobić sobie rzetelną opinię na jakiś temat, nie ma nic gorszego niż pozostawanie w swojej, wygodnej, owszem, ale mimo wszystko ograniczającej bańce. Mówi się, że aby znaleźć złoty środek, należy przynajmniej raz w tygodniu opuścić swoja strefę komfortu i zobaczyć co słychać po „drugiej stronie barykady”. Niejednokrotnie przetrzemy oczy ze zdumienia, czytając w co wierzą i co uważają za pewnik i jedyną słuszną prawdę, ludzie siedzący w innej bańce niż nasza. Ale gwarantuję, że tak samo jak nam, tak i im, kiedy zaglądają „do nas”, jeży się włos na głowie. Tymczasem nikt, kto nie wychyla się ze swojej bańki nie może powiedzieć, że nie ustaje w poszukiwaniach prawdy. Jeśli nie będziemy jej szukać, pozostając w swoich szczelnie odizolowanych bańkach, to jedynym argumentem w dyskusji z „całą resztą”, będzie to, że „moja racja jest mojsza niż twojsza”5

Na zewnątrz bańki

W tym miejscu chciałabym polecić film o tym, jak może wyglądać wychodzenie z bańki informacyjnej. Na zewnątrz bańki: z Alexsandrą Pelosi przez Amerykę 6 to dokument o tym, jak Alexandra Pelosi, córka Nancy Pelosi, polityka Partii Demokratycznej, zasiadającej w Izbie Reprezentantów, wyrusza w podróż po stanach popierających Partię Republikańską. Ludzie, nie wiedząc kim jest, otwarcie opowiadają jej o problemach, z którymi muszą się zmierzać na co dzień. Pelosi z ciekawością dąży do poznania punktu widzenia tych ludzi, chce wiedzieć jakie mają podejście do polityki, do środowiska naturalnego, do wiary. Dostaje te wszystkie informacje. Chociaż sama reprezentuje inne poglądy, to jest dociekliwa, a ludzie z którymi rozmawia, mają potrzebę opowiedzenia o swoich bolączkach i widzą prawdziwe zainteresowanie po drugiej stronie. Mało tego! Pelosi podczas jednej z rozmów z naprawdę radykalnym w sowich poglądach (nie przebierającym w słowach krytyki i pogardy dla Demokratów) mężczyzną, towarzyszą jej synowie. I kiedy przyznaje kim jest, namawia rozmówcę, żeby powiedział to wszystko, co mówił o Demokratach, jej synom w oczy. To zderzenie ludzi z dwóch skrajnych światów, nauczyło mnie więcej o poszukiwaniu prawdy niż niejeden wykład czy książka. Kiedy człowiek przyjmuje za jedyna rację i jedyna prawdę to, co go otacza, pozbawia się ciekawości i szansy na dotarcie do narzędzi, które w przyszłości mogą dać mu nie tylko mądrość, ale tez umiejętność odróżnienia kłamstwa od prawdy czy postprawdy.

Lem – wizjoner

Problem z dotarciem do prawdy wśród pułapek związanych z powszechnością dostępu do informacji, a brakiem powszechnego dostępu do narzędzi weryfikujących rzetelność tych informacji, jest dużo bardziej złożony. Wierzymy we wszystko co czytamy, nie potrafimy odróżnić informacji od fake newsów, które zalewają nasze serwisy internetowe, a treści serwowane nam w naszych bańkach informacyjnych w mediach społecznościowych kreują naszą rzeczywistość. Ten potencjał, jaki niesie ze sobą ślepa wiara w to, co czytamy w sieci, aż prosił się o wykorzystanie. I został wykorzystany w całej okazałości. Nikt nie spodziewał się chyba w jaki sposób przyjdzie wykorzystywać ten potencjał i jakie skutki to wykorzystanie za sobą przyniesie. Wojciech Orliński, w biografii Stanisława Lema7 wspomina, że autor Solaris, który był zafascynowany postępem technologicznym, już na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia przestrzegał przed zagrożeniami, jakimi niesie ze sobą Internet. Dziś już wiemy, że miał wiele racji. Nowe przestępstwa, hakerzy, internetowe boty, a także farmy trolli internetowych to coś, co jeszcze 30 lat temu było nie do pomyślenia. A dziś tworzy naszą codzienność.

Rewolucja internetowa

Peter Pomerantsev, urodzony w ZSRR dziennikarz wychowany w Wielkiej Brytanii, w 2019 roku wydał książkę wyjątkową. To nie jest propaganda, bo o tej książce mowa, jest reportażem, w którym wspomnienia autora o rodzicach, którzy kilkadziesiąt lat temu uciekali przed KGB, przeplatają się z rozmowami z kolejnymi osobami, które o kreowaniu rzeczywistości przy użyciu sieci wiedza wszystko.  Bezlitośnie obnażają prawdę o tym kto i  jaki kontroluje relacjonowanie świata w mediach w taki sposób, aby odnieść korzyść. Jak wygląda machina rozpowszechniająca fake newsy, postprawdę, czy po prostu propagandę. Możemy przeczytać historie ludzi, którzy byli po drugiej stronie, a dziś otwarcie mówią kto stoi za farmami trolli internetowych. Trolli, którzy odpowiednio wynagradzani przenikają do świata mediów społecznościowych, for internetowych i na tych płaszczyznach prowadzą wojny, które mają wymierne skutki w świecie rzeczywistym. Do najbardziej spektakularnych przykładów wykorzystania fałszywych informacji należy zaliczyć aferę Facebooka z 2018 roku. Cambridge Analytica pozyskała wówczas dane 50 mln użytkowników tego medium i przy pomocy spersonalizowanych reklam miała zachęcić ludzi do podjęcia określonych decyzji. W krótkim czasie powstało prawie 600 mln fikcyjnych kont, które umieszczały treści niezgodne ze standardami Facebooka. Nie jest wykluczone, że właśnie ta akcja poskutkowała wyborem Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, czy wpłynęła na wynik referendum w sprawie brexitu. Tak naprawdę to wierzchołek góry lodowej, a rewolucja internetowa, trwa na naszych oczach.

Kłamstwo a polityka

Czytając to wszystko ma się nieodparte wrażenie, że pojęcie prawdy i postprawdy pozostaje jednak w silnej relacji z polityką. O tyle silnej co trudnej, chciałoby się rzecz, używając współczesnego języka, że jest to relacja wręcz toksyczna. Chciałabym wierzyć, że w każdym człowieku pozostaje głęboka potrzeba prawdy i dążenia do niej. W przypadku polityki to dążenie do prawdy, w związku z tym, że skutkować może odsunięciem od władzy, nie jest równoznaczne z opowiadaniem się po jej stronie i głoszeniem jej. Stąd moja opinia o toksyczności relacji polityka – prawda. Cytując Hanah Arendt: „Kłamstwa uważano zawsze za narzędzia, które są niezbędne i zarazem uzasadnione, zarówno w rzemiośle polityka czy demagoga, jak i męża stanu”8. Czy oznacza to, że w polityce droga prawdy prowadzi do zagłady i jedynym wyjściem aby osiągnąć władzę jest kłamstwo? Pytaniem pozostaje raczej, czy władza powinna być celem polityka? Czy jesteśmy zdolni do odszukania w nas tego pierwiastka, który pozwala wierzyć, że ten gość w garniturze będzie moim głosem w rządzie? Będzie tym, który sprawiedliwość i prawa człowieka stawia ponad władzę i własne interesy? Nawet jeśli znajdzie się taki polityk, to czy z prawdą na ustach osiągnie cele, które zagwarantują sprawiedliwość, bezpieczeństwo i przestrzeganie praw swoich wyborców? Arendt zdaje się tutaj w pewnym sensie usprawiedliwiać stosowanie kłamstw w polityce, otwarcie mówiąc (w właściwie pisząc), że „(…)często używa się ich w zastępstwie środków bardziej drastycznych, łatwo uznaje się za w miarę nieszkodliwe narzędzia  w arsenale działań politycznych”9. Dalej jednak jasno określa, że poświęcenie prawdy dla przetrwania świata nie na nic by się zdało, wszak bez ludzi, którzy mówią prawdę, nie ma żadnej trwałości istnienia.

Brzydka prawda i piękne kłamstwo

W myśl zasady, że zmianę świata na lepsze zaczynać należy od siebie, warto zastanowić się nad własnym podejściem do prawdy, postprawdy i kłamstwa. Są takie prawdy, które bolą i nie decydujemy się ich wypowiadać, z troski o bliskie osoby, których prawdy owe mogą zaboleć, lub bezpowrotnie zmienić ich życie na gorsze. Pozostajemy wtedy w moralniej rozterce czy lepsza jest przysłowiowa brzydka, bolesna prawda, czy piękne kłamstwo. Chorujemy na nowotwór i postanawiamy nie wtajemniczać najbliższych w tę walkę o życie. Udajemy, że wszystko jest w porządku, ale z dnia na dzień gaśniemy w oczach. Sami borykamy się ze świadomością, że nie ma już ratunku, że umieramy. Nadal nie mówimy o tym bliskim, pozbawiając się wsparcia, ale jednocześnie pozostajemy w przeświadczeniu, że nie powiedzenie całej prawdy uchroni bliskich przed bólem.

Tymczasem bliscy, widząc jak nikniemy w oczach, zbywamy każde pytanie czy wszystko w porządku, zdawkową odpowiedzią, że tak, to tylko przemęczenie, zaczynają domyślać się, że coś jest nie tak. O chorobie dowiadują się, kiedy stan już jest tak ciężki, że nie ma czasu na prawdziwe pożegnanie, na cieszenie się ostatnimi normalnymi chwilami, bo te chwile już minęły. Czy takie ukrywanie prawdy jest rzeczywiście słusznym rozwiązaniem?

Gdy zacieraja się granice

Kiedy ktoś sugeruje mi, że wyjściem z jakieś trudnej sytuacji może być niewinne kłamstwo, zawsze zwykłam powtarzać, że kłamstwo to nie dla mnie, bo potem trzeba pamiętać co się komu powiedziało, a ja mam słabą pamięć. Sytuacja wygląda zgoła inaczej, kiedy, mimochodem, zdarza nam się okłamywać samych siebie. Doskonale pamiętamy nasze kłamstwa i w pewnym momencie, zaczynamy tracić rozeznanie co jest naszą projekcją i interpretacją, a co rzeczywistością. W końcu kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstotliwością spadania. Skoro nie chcemy (a zakładam, że nikt nie chce) otaczać się kłamcami, to co w takiej sytuacji? Tym razem również z odpowiedzą, a raczej sugestią nakłaniającą do wyciągnięcia odpowiednich wniosków spieszy nam Hannah Arendt: „(…) skoro człowiek ma w sobie partnera, od którego nigdy nie może się uwolnić, lepiej zatem, aby nie był to morderca lub kłamca”[10 Ibidem, s. 287]. Zwraca ona również uwagę na to, że nie da się okłamywać innych, jednocześnie nie okłamując siebie.

Tak ciężko odnaleźć prawdę w świecie przesyconym informacjami zmanipulowanymi, gdzie prawdę się produkuje, a nie przekazuje, a postprawda wywołuje w narodach gniew, który nie może zaleźć ujścia, więc jak marionetki, w rękach tych, którzy odpowiadają za kreowanie nowych oblicz prawd, zgodnie z ich oczekiwaniami, wdajemy się w wojny informacyjne. Albo zażarcie bronimy swoich prawd, bez refleksji i poszukiwania potwierdzenia, czy to jedyna słuszna prawda, albo równie bezrefleksyjnie odrzucamy prawdy drugiej strony. Nic nie jest przekazywane wprost, co z jednej strony niesie ze sobą ogromne ryzyko kreowania rzeczywistości, która z rzeczywistością wspólną ma tylko nazwę, a z drugiej strony, dla ludzi, którzy wciąż mają w sobie wolę poszukiwań, daje pole do popisu w ramach poszerzania swoich horyzontów, zbadania mechanizmu działania tych, którzy prawdę chcą „szyć na swoją miarę”.

  1. P. Czapliński, Niecała prawda o post-prawdzie, w: „Niezbędnik inteligenta”, „Polityka”, s. 13
  2. Ibidem
  3. Ibidem
  4. pl.wikipedia.org,  (dostęp: 03.02.2021r.)
  5. Dzień świra, 2002, reż. Marek Koterski
  6. Outside the Bubble: On the Road with Alexandra Pelosi, 2018, reż. Alexandra Pelosi
  7. Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Warszawa 2017
  8. H. Arendt, Prawda i polityka, w: H. Arendt, Między czasem minionym a przyszłym. Osiem ćwiczeń z myśli politycznej, tłum. M. Godoń, W. Madej, Warszawa 1994, s. 267
  9. Ibidem, s. 269